Joanna: kobieta - barwny ptak

Kategoria: Inspiracje Opublikowano: wtorek, 24 październik 2017 Justyna Zimny-Frużyńska Drukuj E-mail

Dla mnie Pani Joanna Sarnecka to barwy ptak, artystka chodząca własnymi ścieżkami. Pani Joanna to również kobieta, która nie bała się założyć własnej fundacji, w ostatnim czasie wydała swoją pierwszą książkę pt. "Dziennik uciekiniera" (można ją nabyć przez internet, lub na spotkaniach autorskich).

Pani Joasiu ma Pani bzika na punkcie??
Chyba tańca najbardziej, choć bzików mam wiele. Tańczę oberki, tańce francuskie, ale też taniec butoh.

Pani Joanno czym się Pani zajmuje na co dzień?
Robię wiele różnych rzeczy, lubię różnorodność w pracy. Zawodowo przede wszystkim rozwijam grupę Opowieści z Walizki. To moje dziecko, które ma już 9 lat. Zajmujemy się sztuką opowiadania. To zapomniana dziedzina, choć tak naturalna. Prowadzę też warsztaty opowieści i szkolenia zarówno ze sztuki opowiadania, z komunikacji i wystąpień publicznych, w oparciu o storytelling. Prowadzę też warsztaty teatralne, zajmuję się edukacją teatralną, min. w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Poza tym jestem mamą, gotuję, piekę chleb (już od siedmiu lat bez przerw), biegam, tańczę butoh. Doby nie starcza!

Jest Pani Prezesem Zarządu w Fundacji na Rzecz Kultury "Walizka", proszę powiedzieć czym Fundacja się zajmuje?
Celem Fundacji jest udostępnianie kultury tam, gdzie ludzie mają do niej utrudniony dostęp. Właśnie zakończyliśmy projekt „Kham znaczy słońce. Dziecięce rozmówki romsko-polskie”, w ramach którego powstała książeczka ilustrowana i w dużym stopniu przygotowana przez dzieci. Projekt dofinansowany był z programu „Ojczysty – dodaj do ulubionych” NCK. Obecnie jesteśmy w trakcie wielkiej kampanii, w ramach której przypominamy żydowskiego pisarza z Sanoka, Kalmana Segala w stulecie jego urodzin. Mogłabym o tym mówić bez końca :-), ale tymczasem wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę www.kalmansegal.pl i na facebooka projektu.

Ma Pani duszę artystki, skąd czerpie Pani pomysły na tworzenie?
Życie jest niesamowicie inspirujące. Wciąż spotykamy ludzi wartych sportretowania, słyszymy przypadkowe zbitki słów, które atakują naszą wyobraźnię. Przyroda ma wielką moc. Przestrzeń, pustka, samotność. Wydaje mi się, że nie ma takiego kawałka świata, który nie byłby wart opisania. W tym wszystkim prawdopodobnie, to nasze ludzkie doświadczenie, które jest jednym wielkim pytaniem o sens staje się takim reflektorem który oświetla codzienność i wydobywa z niej coś więcej.

Kim właściwie jest w dzisiejszych czasach artysta Pani pokroju?
Jest biedakiem, bez ubezpieczenia, ledwie wiążącym koniec z końcem, gnającym za sensownymi zleceniami, za szansą na możliwość tworzenia po swojemu za kilka złotych, które pozwoli przeżyć. To nie dowcip, niestety tak wygląda w Polsce życie wielu artystów. Im bardziej ktoś nie zgadza się na komercję, tym trudniej znaleźć mu się na rynku. Zawsze tak było i niestety chyba musi tak pozostać. Bycie artystą to rodzaj socjopatii i szaleństwa, a na pewno irracjonalnego życiowego wyboru. A rodzina artysty to święci ludzie :-). Ja w tym momencie, przeżywam wyjątkowe chwile stabilności, mogę się leczyć, to skok cywilizacyjny. Postanowiłam bowiem, skorzystać z okazji, którą daje Unia Europejska, być może to ostatnie chwile takich możliwości. Wzięłam dotację na działalność gospodarczą i próbuję w ten sposób działać z moimi opowieściami. Nie mam złudzeń, to nie jest super biznes. No, ale dzięki wsparciu UE możemy zadbać choćby o promocję naszych działań.

W ostaniem czasie została wydana książka Pani autorstwa „Dziennik uciekiniera”, skąd pomysł na książkę?
Sześć lat temu wyprowadziłam się z Warszawy i zamieszkałam w Beskidzie Niskim. Zostałam guwernantką w edukacji domowej. To był wyjątkowy czas. Piękny i niezwykle wartościowy. Niemniej zaskoczyło mnie bardzo jak trudno pożegnać się z tym, co się za sobą zostawiło. O tym próbowałam napisać stojąc trochę pomiędzy dwoma światami. To nie jest książka z wartką akcją. Nie ma tam bohatera i fabuły. To rodzaj poezji, prozy poetyckiej.

Co czytelnik znajdzie w „Dzienniku”?
Na pewno sporo jest w nim opisów przyrody, takiej kontemplacji jej elementów: umierającego węża, błękitnego kwiatu cykorii, jest przestrzeń. Jeśli ktoś lubi takie poetyckie klimaty – polecam. Nie trzeba czytać od początku do końca. Można sobie zaglądać, podczytywać. Wracać, zatrzymywać się, coś tam pomijać. Myślę, że każdy może powędrować swoją drogą przez tę moją opowieść.

Dlaczego porzuciła Pani Warszawę i zamieszkała daleko od cywilizacji? Dlaczego akurat Dukla, w której można rzecz czas się zatrzymał?
Porzuciłam miasto, bo zawsze o tym marzyłam. W zasadzie wychowałam się na wsi, w małym przysiółku, w środku lasu. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam przyrodę i stary drewniany dom, modrzewiowy dworek, w kaflowym piecem. I to dla mnie ikona domu, zawsze do tego dążyłam. Poza tym nadarzyła się okazja, dostałam pracę jako guwernantka (tak, wiem, brzmi to retro) w edukacji domowej. To była wspaniała przygoda. I tak się zaczęło. A że rodzina, która mnie zaprosiła, mieszka koło Dukli, padło na to miejsce. Ale Dukla stała mi się szybko bardzo bliska. To miejsce nasycone historią, także wielokulturowością. Wierzę, że Dukla może być miejscem, gdzie pielęgnuje się czas, ten miniony, dziedzictwo, a jednocześnie rozwija się tu i teraz. Potencjał turystyczny tego miejsca jest ogromny. Tylko trzeba odważnie i ambitnie działać, innowacyjnie tak, żeby nie być jednym z setek starych miasteczek, ale promować się w sposób nowoczesny. Ostatnio miałam okazję być w Chmielniku, podobnym miasteczku do Dukli. Odremontowana synagoga jest jednym z nowocześniej i sensowniej zrobionych muzeów jakie widziałam. Wierzę w Duklę.

Kto pomaga Pani w realizowaniu pomysłów?
Mam znakomitych przyjaciół, ekipę niezwykle kompetentną. To jest taka sieć, która się wciąż powiększa. W opowieściach to są Ania Woźniak, opowiadaczka i animatorka niezwykle kreatywnie podchodząca do spraw dziedzictwa, lokalności. Jest Maciej Harna, muzyk znanego sanockiego zespołu Matragona, który przygrywa do baśni na wielu etnicznych instrumentach. W działaniach fundacyjnych współpracujemy z zespołem ekspertów, literaturoznawców, historyków. Tu, lokalnie, w Dukli, współpracuję z Jackiem Koszczanem, bo oprócz swojej organizacji, działam też w Stowarzyszeniu Sztetl Dukla, które prowadzi Jacek, laureat prestiżowej nagrody POLIN, człowiek z wizją, energią i wiedzą. W takich ekipach można góry przenosić. Czasem to wymaga czasu, namysłu, ale wszystko jest możliwe.

Jakie są Pani plany – oczywiście najbliższe?
Na razie w grudniu urodziny Kalmana Segala. Spotkanie odbędzie się 7 grudnia w Muzeum Galicja w Krakowie, a potem w same urodziny 29 grudnia w Muzeum Historycznym w Sanoku. Poza tym piszę dalej. Powoli szykuje się druga książka. Jej fragmenty można przeczytać na blogu www.dawnotemuteraz.blogspot.com, no i zaczęłam pracę nad doktoratem o upamiętnianiu historii żydowskich mieszkańców Podkarpacia. Chciałabym znów trochę mocniej zanurzyć się w teatr, ale tu muszą sobie spokojnie dojrzeć inspiracje i pomysły.

O czym Pani marzy?
Marzenia są proste. Własne miejsce na świecie, wokół bliscy, trochę stabilności, czasem przydałoby się trochę wolnego czasu. Reszta: działanie, pisanie, będzie się działa tak czy siak.

Pani Joanno dziękuję za rozmowę i życzę realizacji planów!

Zdjęcia: StudioMandala Monika Jakieła oraz Ewa Kutylak.

WARTO PRZECZYTAĆ:

  1. Szydełkowy zakątek Gabrieli
  2. Czym jest rekonstrukcja historyczna opowiada Przemek
  3. Grzegorz i jego kolekcjonerska pasja
  4. Własna firma, czy warto podjąć ryzyko?
Odsłony: 195