Ewelina rzuciła wszystko i wyjechała ..... do Azji

Kategoria: Inspiracje Opublikowano: poniedziałek, 22, styczeń 2018 Justyna Zimny-Frużyńska Drukuj E-mail

Ewelina Tomkiewicz, podczas podróży po Azji miała okazję grać w piłkę na boso z mnichami w klasztorze, piła ryżowy likier, a na śniadanie jadła naleśniki z bananami, podziwiała widok z dachu hotelu, w którym kręcono Kac Vegas! Miała okazje odwiedzić stragany na Khao San, które serwują przeróżne smakołyki od szarańczy, robaków, pająków po pieczone skorpiony. I choć dzielnie przeżuwała trzeszczące między zębami pancerzyki to raczej ciężko te przystawki zaliczyć do wyśmienitych. 

Ewelinę poznałam kiedy zabrała mnie na stopa, spędziłyśmy na rozmowie ponad 80 km i bardzo szybko okazało się, że mamy wspólne bziki i nasze ADHD, mamy nadzieję, że nasze wspólne działania dopiero przed nami! 

Ewelino skąd się wzięła twoja pasja do podróżowania? Czym zajmujesz się zawodowo?
Oooj długo by opowiadać. Moja droga podróżnicza była dosyć kręta. Początkowo jeździłam na typowe wakacje do hoteli z rodziną, po maturze wyjechałam sama na poł roku do Grecji, gdzie pracowałam w hotelu, jako animator - złapałam bakcyla. Rozpoczęły się moje pierwsze autostopy po Europie, krótsze i dłuższe wypady. Kocham zmiany, tempo życia, rozwój. Tego wszystkiego właśnie dostarczają podróże, nietrudno wiec wpaść w to fascynujące uzależnienie. Gdy poznałam 5 lat temu mojego narzeczonego - było oczywistym, że musi On mieć dusze wędrowca. Dobraliśmy się idealnie: ja planuje, tworze - On zajmuje się przekształcaniem szkiców w konkretny plan. Obydwoje jesteśmy budowlańcami. Ja projektuje konstrukcje, Krzysiek jest kierownikiem budowy i zajmuje się wykonawstwem. Obydwoje chcemy stworzyć sobie taki system pracy, który kiedyś pozwoli nam żyć ciągle w podroży.

Pamiętasz swoja pierwsza wyprawę? Gdzie to było? Co musiałaś zrobić, aby się do niej przygotować?
Oczywiście że tak. Pomimo, że nie była to aż tak hardcorowa wyprawa jak późniejsze, to tak jak wspomniałam już wcześniej byłam animatorem sportowym w hotelu na Chalkidiki. Będąc kilka lat wcześniej na wakacjach w Egipcie poznałam dziewczynę, Polkę, która pracowała właśnie w ten sposób. Podpytałam, co, gdzie i jak, by zaraz po maturze wyjechać sama w nieznane. Tam rozpoczął się mój test organizacji, walki z tęsknotą, a w głowie obudziła się świadomość tego, co tak naprawdę kocham - nieznane! Cierpliwie śledziłam przez kilka miesięcy strony przewoźników turystycznych, którzy początkiem roku wystawiają ogłoszenia pracy właśnie, jako animator w "ciepłych krajach". Przeszłam pomyślnie test osobowości i zaproszono mnie na casting. W tajemnicy pojechałam do Warszawy i udało się zakwalifikować do kolejnego etapu - tygodniowe szkolenie w Borach Tucholskich. Ooooj mocno musiałam zawalczyć, by móc tam pojechać haha. To było tuż przed matura i wtedy, gdy moi rówieśnicy zakuwali matmę, ja poznawałam fantastycznych, inspirujących ludzi, dzięki którym po kilku tygodniach wyjechałam do Grecji. Bajka się rozpoczęła....

Czy twój narzeczony od razu załapał twojego „bzika”? Czy musiałaś go namawiać do podróży?
Wiecie, że do tanga trzeba dwojga?! Nie uszczęśliwisz na siłę, ani siebie ani kogoś, ale możesz zarazić Ją/Go swoim bzikiem! Może razem pokochacie to samo?!Pasja baaaaardzo zbliża, określa wspólny cel, więc uczy współpracy, pokory, walki i wzajemnej motywacji! My w podróży czujemy się jak ryby w wodzie. Codziennie odkrywamy się na nowo, w różnych sytuacjach poddajemy się egzaminom na życiowe partnerstwo! I wiecie co?! Sprawia nam to ogromną frajdę! Oboje pragniemy czegoś więcej od życia niż tylko punktowanie kolejnych etapów, szlakiem utartych schematów. Nasz fanpage „Szczęśliwi na nowo” to nowy etap, w którym chcemy rozpocząć wszystko "po naszemu". Punktem zwrotnym było spełnienie długo wyczekiwanego marzenia - kilku miesięcznej podróży do Azji. Mamy świadomość, że wiele osób znajduje się w podobnej niewiedzy życiowej. Wie, że chce czegoś więcej, ale nie do końca potrafi to sprecyzować. Często w natłoku obowiązków codzienności nie ma czasu na refleksje i odnalezienie tej wewnętrznej równowagi. Wiemy jak to jest! Do tej pory wiedliśmy spokojne, standardowe życie. Najpierw studia, później praca i obowiązki. Zawsze jednak chcieliśmy więcej kosztować życia i smakować chwil. Każde odłożone więc pieniądze inwestowaliśmy w podróże! Bo warto.. bo podróże kształcą, zmieniają światopogląd, uczą tolerancji, pokory, dodają odwagi. Chcemy, by nasze obserwacje, wnioski, spostrzeżenia i niewielkie życiowe doświadczenie może i Ciebie zainspirowały do walki o swoje, nowe szczęście.

Skąd Twój pomysł na wyprawę do Azji? Co Was motywowało, co chcieliście osiągnąć tą podróżą?
Czasami w życiu potrzebny jest punkt zwrotny, reset, nauka! Łapiemy każdy dzień i traktujemy jak najlepszą szkołę życia! Nie ma czasu na żałości i rozczulania Najlepszym lekarstwem na problemy i brak motywacji jest rozwieszenie mapy świata na ścianie. Świadomość wielkości problemów i wątpliwości już na starcie stawia Cię na pozycji wygranej! Dlaczego Azja? Wyobraź sobie: 1,5h trekkingu w jedną stronę przez dżunglę, by zjeść prosto z drzewa ogromniaste tzw. jackfruit, posłuchać gadającego ptaka i spojrzeć na KohRongSamloem z poziomu 17metrowej latarni! Wypić tam cała puchę słodkiego mleczka, które wcinają tu na potęgę w różnych konfiguracjach, ledwo się po tym ruszać i poczuć smak słonego potu w oczach!

Dlaczego właśnie wybraliście Azję? 
Azja? hm... jakoś zawsze ciągnęły nas tamte rejony. Kiedyś natknęłam się na kilka blogów ludzi, którzy zrealizowali podobna trasę - zobaczyłam że to wszystko jest w zasięgu naszej ręki. Nie było nas tam jeszcze wiec.. let`s do it :) Wyprawę rozpoczęliśmy od Dubaju, po kilku dniach polecieliśmy na Filipiny i tam przez ponad trzy tygodnie zwiedzaliśmy kolejne wysepki uśmiechu. Autostopem zaczęliśmy podróżować od Wietnamu. Kolejna odwiedziliśmy Kambodżę, zatrzymaliśmy się na wolontariacie na rajskiej wyspie Koh Rong Samloem, potem północna Tajlandia, Birma. Po malej przygodzie w szpitalu, zjechaliśmy w stronę południowej Tajlandii, przez Malezja na Jawe, Bali i Singapur. Wracając zahaczyliśmy znowu o Dubaj w porze mocnooooo suchej i Polska :) Azje pokochaliśmy całym sercem i z pewnością tam wrócimy. Tamte rejony to nie tylko istne cuda natury, barwy z pocztówek, ale totalnie inna mentalność. Ludzie, religia, wartości, życzliwość.... Wszystko sprawia że pomimo ogromnej biedy żyje się tam zdecydowanie lepiej.

Ile trwały przygotowania do tej wyprawy? Jak należy przygotować się do takiej podróży? 
Nasze przygotowania to była krótka piłka tak naprawdę. Od ostatecznej decyzji, że wyjeżdżamy do wizyty z plecakami na lotnisku minęło ok miesiąca. Zakupiliśmy cały sprzęt (namiot, kamery, plecaki itd.), zrobiliśmy potrzebne szczepienia, wyznaczyliśmy sobie punkty na mapie, które koniecznie chcemy odwiedzić (oczywiście w trakcie ciągle dochodziły nowe haha :)i ruszyliśmy. Tak jak zawsze powtarzam - najważniejsza jest decyzja. Niepotrzebne są jakieś specjalne przygotowania. Oczywiscie, musisz przewidzieć różne sytuacje i o ile nie planujesz wysokich gór np. spokojnie wystarczy kilka godzin przed internetem i odrobina organizacji. Najtrudniejsze to przestawić swoje myślenie!!! Dać sobie wyraźne pozwolenie na podróż, na to że w tym momencie zostawiasz gonitwę za pieniądzem, a zaczynasz spełniać marzenia, poukładać sobie priorytety. Wbrew pozorom wcale nie jest to takie łatwe.

Opowiedz o najpiękniejszych twoim zdaniem zakątkach Azji.
Dawna Birma, a obecnie Myanmar dopiero kilka lat temu otworzyła granice na świat i zmienia się w zaskakująco szybkim tempie. Birma otworzyła się już kilka lat temu ale widok białasów wciąż jest niecodzienny. Idąc w deszczu z wielkimi plecakami, tuż po przekroczeniu granicy czuliśmy się jak na cenzurowanym. Ogromna ciekawość dobiegająca z każdego spojrzenia trochę onieśmielała, a trochę bawiła, bowiem pod przymrużonymi oczami, głębokim, przeszywającym wzrokiem krył się równie szczery, przyjazny uśmiech! 😘 😘 😘Życzliwy, choć obrzydliwy! I to bardzo obrzydliwy! Jak u nas pali się papierosy, pije piwko po pracy albo kawę do rozmowy Birmańczycy żują betel, czyli liść pieprzu betelowego, w który wkłada się orzeszki palmy areki, tytoń i sproszkowane mleko wapienne. W połączeniu ze śliną, która wytwarza się podczas zażywania betelu z orzeszków uaktywnia się czerwona substancja. Dzięki niej uśmiechy w Birmie nabierają krwisto czerwonych barw i choć bardzo szczere i naturalne sieją lekkie odrzucenie. Dodatkowo, co rusz słyszy się odchrząkiwanie i spluwanie czerwonej mazi. I nieważne czy jesteś na ulicy, w restauracji czy autobusie dźwięk ten towarzyszy Ci na każdym kroku, a jego efektem jest duża czerwona plama tuż pod Twoją stopą. Twarze głównie pań, choć nie tylko pokryte są dość specyficznym, biało-żółtym makijażem głównie w okolicach policzków i czoła. Mieszkanki Myanmy stosują thanakhe, czyli skrawki drzewa sandałowego dla orzeźwienia cery, wygładzenia oraz ochrony przed słońcem i wiatrem. Podobno moda na betel również zaczęła się od make-upowych trendów, bowiem dawniej kobiety właśnie w taki sposób malowany sobie usta. Ostatnią nowością są dni tygodnia. Według tradycyjnej birmańskiej astronomii tydzień liczy 8 dni. Aby dostosować czas do międzynarodowych założeń podzielono środę na pół. I takim oto sposobem pierwsza środa jest od północy do południa, a druga od południa do północy. Ogólnie jest trochę brudno fakt, ale porównując do innych miejsc w Azji, które miały szansę na rozwój dużo wcześniej, Birma nie wypada najgorzej. Drogi kręte w stanie delikatnie mówiąc nienajlepszym. Trasa z punktu A do B zajmuje sporo czasu. Również życie na Bali podporządkowane jest harmonii przyrody, religii, fazom księżyca i sztuce. Wyspa bogów i demonów, wyspa tysiąca świątyń. Pomimo, że Indonezja to kraj muzułmański, na Bali wyznaje się hinduizm i to w niepowtarzalnej balijskiej formie. Miejsce to oddane jest w pełni magii, a wszystko pozostaje w idealnej równowadze. Nie ma tu walki dobra ze złem. Roślinność, kamienie, ludzie, zwierzęta, góry to byty duchowe, które tworzą jeden organizm. Wszystko w pełni przenika Byt Absolutny, czyli Istota Najwyższa. Udekorowana tropikalną, bujną roślinnością wyspa jest jedna z najbardziej pożądanych na świecie, a mimo to wciąż pozostaje bogata w swoje dziewicze uroki. Intensywna zieleń, zapachy kadzideł w powietrzu, muzyka, tańce, dzieła sztuki i przede wszystkim ogromna życzliwość mieszkańców. Na każdym kroku czuć wiarę w siły wyższe. Co krok potykamy się o drobne koszyczki z kwiatami i kadzidełkami, kupując na targu dostajemy niższą cenę, jako pierwsi klienci - na szczęście, a otrzymanymi banknotami sprzedawczyni uderza o oferowane towary - na większe zainteresowanie. Przerzedzając uliczkami wiosek, co rusz mijamy świątynie, ołtarzyki porośnięte mchem, poczerniałe, zabrudzone deszczem z charakterystycznymi czapami u szczytu. Przy zachodzie słońca spotykamy codziennie kobiety z bambusowymi koszyczkami na głowach niosące dary do świątyń, mężczyzn z opaskami na głowach zbierających ryż w wypełnionych wodą tarasach. Słyszymy wieczorami cykady, a z rana budzą nas koguty i dźwięk dzwonka przy nawoływaniu do modlitw. Jesteśmy oczarowani Bali. Nie można tu nie wspomnieć o Filipinach - jedyny w swoim rodzaju klimat, piękno natury, uśmiech ludzkiej buzi. My jesteśmy typami niedowiarków i tak naprawdę odwiedzamy wszystkie miejsca, które gdzieś tam kiedyś pojawiły się nam w głowie. Nawet, jeśli wszyscy odradzają nam dane miejsce - my je musimy sami ocenić! Zawsze znajdziemy jakąś iskierkę wyjątkowości.

Co Was najbardziej zaskoczyło podczas podróży po Azji?
Wyobrażacie sobie, że idąc ulicą swojego miasta niezależnie czy jest ono mniejsze czy większe nagle za rękę łapie was małpa?!Tak dokładnie - MAŁPA. Zdezorientowani odwracacie głowę w drugą stronę, a tam po elewacji skaczą kolejne małpy? Przed wami na motorze siedzi znowu jakieś dwie małpki. Wchodzisz do świątyni, a tam to już w ogóle istne małpie szaleństwo. Nagle zaczynają po Tobie skakać, wyciągać Ci z plecaka wszystko, co masz najcenniejsze, droczą się z tobą. Tak! Takie miejsce istnieje. Leży w północnej Tajlandii i nosi nazwę LopBuri. Tam miastem zapanowały małpy! Żyją na równi z człowiekiem. Wchodzą do sklepów, przechodzą przez ulicę, skaczą po liniach wysokiego napięcia, wyglądają przez okna obserwując uliczny jazgot. Mają pewnie swoje imiona i zawody. Stołują się w lokalnej świątyni, gdzie serwuje się przepyszny kolorowy ryż i banany. W weekendy bujają się na huśtawkach nowo wybudowanego placu zabaw. Konkurują z lokalnymi dzieciakami o względy turystów. Niezwykłe miejsce, w którym po 2h potrzebowałam odpoczynku w odizolowanej strefie nietykalności.

Co było dla Was największym wyzwaniem podczas wyprawy lub co było dla Was najtrudniejsze?
Oj tych wyzwań było kilka. Nooo dla mnie początki na Filipinach były ciężkie, przede wszystkim przestawienie myślenia. Nauka pełnego relaksu w nieznanym, np. idąc palmowymi alejkami, zobaczyliśmy prom - wskoczyliśmy na wariata nie wiedząc nawet gdzie płynie. Po godzinie wysiedliśmy na wyspie Siquijor. Było ciemno, pełno ludzi, którzy chętnie skroiliby Cię do zera za niewielka podwózkę, żadnych planów na nocleg. Włączała się w głowie panika, lekka histeria.. A jednak... Po omacku rozbiliśmy nasz namiot, gdzieś przy morzu a rano okazało się, że był to jedna z najpiękniejszych plaż, jakie widziałam w życiu. Teraz tęsknie za tym niewiadomym! Ciężko było, gdy Krzyniu zachorował... I pomimo, że wszyscy pamiętają nasza wizytę w szpitalu i zakażenie, które się wdało po wypadku na motorze, to jednak w Kambodży napędził mi największego strachu. Byłam tam zdana sama na siebie, a on z 40st. gorączką ewidentnie wskazywał, że dopadła Go denga - groźna choroba przenoszona przez komary. W Polsce jedziesz do szpitala i tam już każdy wie co ma robić. W Kambodży natomiast... lepiej unikać służby zdrowia. Wykrzesałam z siebie 100% organizacji, trzeźwego myślenia, siły psychicznej i fizycznej. Dałam rade, ale tą lekcje zapamiętam na długo:)

Czy macie jakieś negatywne wspomnienia?
Czasami tak jest, że miejsca, o których piszą wszystkie przewodniki i zachwalają wszystkie fora wcale nam nie przydają do gustu. 😤 😱Tak było z Nyaungshwe - turystycznym centrum nad jeziorem Inle, celem dla którego przeszliśmy 60km.Miasteczko nie ma właściwie nic do zaoferowania poza lokalnym targiem pełnym tłuściutkich faworków, którymi napychaliśmy się na śniadanie i kilku świątyń.

Twój narzeczony podczas podróży wylądował w szpitalu, co się stało?
Mieliśmy mały wypadek, nic poważnego - kilka zadrapań, skaleczenie jak u małego łobuza. Odpowiednio wszystko zdezynfekowaliśmy i obmyliśmy. Zwiedziliśmy Bagan na e-biku, jedliśmy pyszności w knajpkach, spaliśmy w hotelu! Pakowaliśmy bagaże, gdy Krzyśko zaczął narzekać na stopę. Że boli, że swędzi... Myśleliśmy, że odzywa się obtłuczenie i wyskoczy pewnie kilka siniaków. Ruszyliśmy w drogę. Po kilku godzinach stopa już była baaaardzo napuchnięta, a skala bólu rosła z każdą chwilą. Spotkaliśmy po drodze pogotowie. Lekarz profesjonalnie opatrzył rany i zdrapał zaschniętą warstwę. Całość zaczęła mocno ropieć. Zdecydowaliśmy, że skierujemy się w stronę Tajlandii, by tam na spokojnie się zbadać. W nocy Krzyniu zaczął bardzo gorączkować. Po przeprawie z przygodami (ale to już mniejsza o to) dotarliśmy do Bangkoku. Po drodze nagraliśmy z ubezpieczycielem wizytę w szpitalu, dzięki czemu już z dworca ruszyliśmy pod umówiony adres. Okazało się, Krzyśko ma zakażenie w stopie, a infekcja bardzo szybko się rozwija. Musi zostać w szpitalu, przyjąć antybiotyki i poddać się zabiegowi. Ubezpieczyciel od początku do końca wszystkim się zajął! Zostaliśmy przyjęci bez kolejki w prywatnym szpitalu. Gdy okazało się, że musimy zostać, otrzymaliśmy prywatny apartament. Krzyniu wracał do zdrowia pod świetną opieką, w idealnie sterylnych warunkach, a ja mogłam mu towarzyszyć 24h. Szpital wyglądał jak hotel! Generalnie wszystko skończyło się dobrze! Przy wypisie dostaliśmy antybiotyki, bandaże, cały zestaw opatrunkowy i skierowanie na kontrolę. Całość leczenia, zakwaterowania, wyżywienia, lekarstw, które dostał przy wypisie to wartość ok 13 000zl.Wszystko (z wyjątkiem opłaty szpitalnej -100zl) pokrył polski ubezpieczyciel. Moja rada: Pamiętajcie o ubezpieczeniu w podróży! Zawsze, wszędzie musi być!👉 Nie bagatelizujcie wszelkich objawów zwłaszcza w krajach tropikalnych! Nasze ubezpieczenie kosztowało nas jedynie 130 zł (polisa firmy APRIL TWOJA KARTA PODRÓŻE).

Czy spotkaliście plemię kobiet żyraf, o którym mówiła w swoim programie Martyna Wojciechowska?
Nie tylko spotkaliśmy to plemię, ale mieliśmy okazję z nimi przebywać. Słyszeliśmy różne opinie na ten temat, ale jak to my postanowiliśmy wyrobić sobie ją indywidualnie. Po kilku rozmowach z lokalsami, paru pomyłkach na trasie wreszcie dotarliśmy do wioski zamieszkiwanej przez tzw. kobiety żyrafy i kilka innych mniejszości etnicznych. Plemiona te oryginalnie pochodzą z górskich terenów Birmy, gdzie żyją z hodowli bydła i uprawy roli. Za czasów panowania reżimu wojskowego schronienia udzieliła im sąsiednia, turystyczna Tajlandia. Znając się doskonale na tym biznesie zaoferowała im schronienie, jedzenie, zakwaterowanie i niby jakieś wynagrodzenie. Przed wejściem do wioski kupuje się jednak bilet i otrzymuje mapkę. Hm… Rezerwat? Usilnie próbowaliśmy się dowiedzieć, kto dostaje pieniądze. Pani w okienku zapewniała, że wszystkie datki dzielą się po połowie z rządem, a same kobiety żyją tam z rodzinami i wykonują swoją pracę. Z nutką niedowierzania weszliśmy do środka. Wygląda to trochę jak skansen. Według bardziej złośliwych nawet jak „ludzkie zoo”. Nam bliższe było jednak to pierwsze skojarzenie. Spacerowaliśmy wydreptaną ścieżką, zaglądając dyskretnie do okien. Wszystkie kobiety ubrane w tradycyjne stroje, z dziurawymi uszami i pomalowanymi twarzami przykuwały naszą uwagę. Były młodsze i starsze, mężatki, panny, dzieci. Postanowiliśmy z nimi porozmawiać, dowiedzieć się prawdy. I tu zaczęły się schody. Niby nie mówią po angielsku, niby dostają pieniądze i jedzenie, niby mają paszporty, ale nie chcą wyjechać, niby mogą podjechać jedynie do Chiang Mai do szpitala i niby niczego nie potrzebują, boją się miast, tłoku. Hm.. niby! Osobiście wyczuliśmy, że coś tu nie gra. One same jakoś niechętnie o tym rozmawiały, rozglądając się dookoła, zasłaniając brakiem języka, ważąc każde słowo. Wysyłają sobie sygnały, gdy zbliżają się turyści. Są uśmiechnięte i cierpliwie pozują do zdjęć, mimo, że zwłaszcza Chińczycy potrafią je przestawiać po kilka razy. Cała wioska ma może z 2km w obydwu kierunkach. Składa się z drewnianych chatek przykrych strzechą, blachą lub liśćmi, kilku ścieżek i jednego dużego pastwiska z bawołami. Jest cicho, zielono. Kobiety zamieszkują domki sąsiadując ze swoimi plemionami. Noszą oryginalne, tradycyjne stroje, idealnie skrojone, dopieszczone w każdym calu. Całymi dniami ręcznie tkają chusty i kamizelki. Ich mężowie pracują w pobliskim obozie dla słoni, a dzieci uczęszczają do przedszkola. Codziennie o 18 odbywają się też lekcje w szkole. Mają kościół katolicki i buddyjską pagodę. Jest jednak dużo szczegółów, które zwracają uwagę i nie pozwalają ślepo uwierzyć. Na tablicy dużymi drukowanymi literami napis po angielsku FREEDOM pomimo, iż nie widać by ktoś z tej klasy korzystał – taka typowa podpucha. Dzieci w przedszkolu za kratami – dla bezpieczeństwa. Ciekawe. W okolicy jest tak spokojnie i cicho, że słychać śpiew każdego ptaka z osobna. Nie potrzebują internetu, edukacji ani paszportów. Hm?!Pomimo wielu rozmów, jednoznacznej prawdy nie poznaliśmy. Prawdopodobnie zostanie to nasza niewiadomą wśród wspomnień z północnej Tajlandii. Spotkania jednak nie żałujemy! Było niesamowite, niecodzienne, inne, wyczekane. Mamy nadzieję, że chociaż część pieniędzy będzie oddana kobietom, w których oczach widać głęboką tajemnicę. Poznajcie je, o kobietach z plemiona Karen przeczytacie tutaj: SzczesliwiNaNowo

Co się zmieniło po powrocie do Polski, a co wróciło do normy?
Zmieniło sią wiele... dużo więcej niż wróciło do normy. Przede wszystkim zrealizowaliśmy założony cel - otworzyliśmy firmę, by kiedyś w pełni cieszyć się wolnością i miejmy nadzieje niezależnością finansową. Poznaliśmy samych siebie i siebie nawzajem. Kiedyś zdarzało się nam kłócić i traciliśmy czas na ciche dni, zamieszkaliśmy razem i teraz już jesteśmy w naszym pierwszym wspólnym gniazdku, w centrum dowodzenia, gdzie powstają kolejne projekty. Pokochałam bezgranicznie fotografie i wciąż planuje swoja karierę zawodowo - już teraz na całkiem innej płaszczyźnie. Odkryliśmy, że nasze marzenia wcale nie musza postać w strefie cienia! To chyba najważniejsze, teraz kierujemy się wytycznymi odkrytymi w trakcie podroży. Niestety na dzień dzisiejszy, pomimo wcześniejszej zmiany miasta ja wróciłam jeszcze do poprzedniej pracy... To jest ostatni punkt, który czeka na totalna metamorfozę :)

Nie będę pytać czy planujecie kolejna podróż, bo to oczywiste!Gdzie ona będzie i kiedy?
Bedzie, będzie.. Już niedługo, ale póki, co w kwietniu rozpoczynamy nasza najdłuższa podróż - na zawsze razem i teraz solidnie przygotujemy nasz ślub i wesele. Tak wiec kolejna wyprawa w formie podroży poślubnej tuż tuż. Jest kilka punktów na już... Capadoccia, Indie, Maroko, Amerykę Południową motocyklem. Głowa aż pęka od marzeń...

Jesteście inspiracją dla wielu ludzi. Na waszym blogu można znaleźć wiele wpisów dotyczących relacji między ludzkich. Niestety dzisiejszy świat zamyka się na innych, co o tym myślicie?
Odpowiem tak: dlaczego często wolimy pracować w niezadowoleniu z pensji 10 lat nie pytając szefa o podwyżkę? Dlaczego wzdychamy do nieznajomej spotykanej codziennie w porannym busie nie biorąc numeru tel.? Dlaczego błądzimy z nieaktualna mapa GPS nie zaczepiając lokalnego przechodnia o drogę? Dlaczego żyjemy w poczuciu niespełnienia nie pytając się czy jesteś w tym wszystkim szczęśliwy, czy chce by tak wyglądało moje życie?! Dlaczego poza czubkiem własnego nosa, w gonitwie za swoimi przywilejami nie pytasz ludzi wkoło, kim tak naprawdę są? Przecież mogą Cię zainspirować, opowiedzieć swoje historie, czasami wygadać sprawiając sobie ulgę, a Ciebie wzbogacając o nowe doświadczenia, z których też warto brać lekcje na przyszłość. Relacje społeczne to jeden z najlepszych środków rozwoju, ale by móc z niego korzystać musisz obcować z ludźmi! Musisz rozmawiać, wychylić się zza kompa i dać się poznać! Pytać! Wręcz czasami zaczepiać lub pozwolić być zaczepianym! Coraz częściej obserwuje się strach przed komunikacją. O co chodzi?! Nasza podróż była po brzegi wypełniona chodzącymi inspiracjami!!! Ludźmi, od których warto brać siłę, upór, radość z życia, pomysły na przyszłość!

Co radzisz innym „bzikom”?
Mogę im powiedzieć, żeby pamiętali, że nic nie przychodzi bez wysiłku, a każdy krok do przodu musi być poprzedzony kilkoma potknięciami! Po prostu róbcie swoje! Wiemy, że część z Was myśli o podobnej podróży! 💪Zawsze jednak znajdzie się jakieś ale... Dzięki któremu nadal będziemy kisić się w miejscu dalekich od wcześniejszych wyobrażeń! Jak byłeś maluchem marzyłeś o pracy z pasją, dobrych zarobkach, sexownej żonie i podróżach dookoła świata. Przez lata marzenia te mogły nieco ulec zmianie, bo zacząłeś je przekładać na to, co wg ogólnych racji jest w zasięgu Twojej ręki. My też się baliśmy, wahaliśmy i rozkładaliśmy na czynniki pierwsze! To normalne - ludzie boją się zmian i my też się ich baliśmy. Ale jak widać można zaryzykować.. dużo! Jeszcze więcej można zyskać.

Ewelinko dziękuje za rozmowę i poświęcony czas! Mam nadzieję, że wkrótce moich czytelników będę informować o Waszym spotkaniu Podróżniczym, na którym się zobaczymy! 

 

Odsłony: 1171